Gdyby zapytać naszych rodaków – jak obalić III RP, jak odbudować Niepodległą - pewnie większość odpowiedziałaby według poprawnego schematu i jako narzędzia wskazała „walkę parlamentarną”,„procesy polityczne” oraz „zwycięstwo wyborcze”.
Nie popełnię błędu twierdząc, że gros ludzi prawych, którzy widzieliby Polskę wolną od spuścizny komunizmu, od obecności tutejszych Obcych i dyktatu euro-terrorystów, tylko w owych „narzędziach demokracji” chce dostrzegać nadzieję.
Ta zaś część „patriotycznej prawicy”, która obecny status III RP postrzega przez pryzmat „wpływów zewnętrznych”, dodałaby do tego katalogu – „zmianę sytuacji zagranicznej”, „kryzysy ekonomiczne i polityczne”, „grę mocarstw”.

Ścios


Nie od dziś, ośmielam się twierdzić, że żadna z takich odpowiedzi nie zasługuje na poważne traktowanie, a udzielający je, nie odrobili lekcji historii i niewiele zdają się rozumieć z realiów obecnego państwa.
By nie powielać dziesiątków argumentów, znanych już stałym bywalcom bezdekretu (wyłożyłem je obszernie m.in. w cyklu tekstów „PO CO DEMOKRACJA?”), przypomnę jedynie, że państwa realnego socjalizmu nie upadają pod „ciosami demokracji”. Jak łatwo dostrzec, na przykładzie III RP, państwa takie anektują fasadę demokratyczną, by ukryć własne draństwa i umożliwić władzę beneficjentom systemu, nigdy zaś po to - by oddać ją obywatelom.
Dlatego farsa demokracji – w wydaniu III RP – jest bronią wymierzoną w społeczeństwo, jest mitem, który ma nas zniewolić i znieprawić. Ten mit, podniesiony do rangi przymusu konstytucyjnego i obwołany niekwestionowanym bożkiem, jest podstawową przeszkodą w obaleniu III RP.


    Na straży tej niby-państwowości stoi bowiem system ustanowiony w latach 1989-91, gdy zainicjowano kontrolowany przez bezpiekę proces „pluralizmu politycznego” i w miejsce jednej, „przewodniej siły narodu”, stworzono szereg rozmaitych partii i partyjek - zwykle przy udziale kapusiów i agentury. Łączył je wspólny mianownik – wyrażały akceptację dla układu powstałego w Magdalence i deklarowały uczestnictwo w ”mechanizmach demokracji”. Ten, kto nie wyrażał takiego akcesu i nie godził na „wspólnotę” z komunistami, znalazł się na marginesie życia publicznego i został wykluczony z dobrodziejstw „procesów demokratycznych”.
Wiedza o podwalinach mitu demokratycznego, musi prowadzić do wniosku, że wpływ na państwo, można odzyskać tylko w taki sposób, w jaki narzucono nam historyczne kagańce i systemowe ograniczenia. Skoro Polacy utracili wolność na drodze zdrady, zbrodni, kłamstw i przemocy – w zgodzie z tą logiką, należy przyjąć, że tylko rozwiązania siłowe i kroki radykalne, mogą doprowadzić do sanacji państwa.
 
Czytaj również :
 

JAKA POLSKA ?

SMOLEŃSK - ZBRODNIA NOWEGO ŁADU (1)

SMOLEŃSK - ZBRODNIA NOWEGO ŁADU (2)

SMOLEŃSK - ZBRODNIA NOWEGO ŁADU (3) - SŁUŻBY

FAŁSZYWA ALTERNATYWA – 1. DIAGNOZA

FAŁSZYWA ALTERNATYWA – 2.TERAPIA 

To oznacza, że upatrywanie nadziei w „wyborach powszechnych”, które od roku 1991 obracają się wokół tych samych osób i środowisk, lub stawianie na systemowe „partie polityczne”- jest oczywistym nonsensem.
Żadna „Konfederacja”, „Kukiz”, czy inna pseudo-opozycja, nie może mieć wpływu na obalenie III RP.
Po pierwsze dlatego,że wcale do tego celu nie dążą, po drugie, że są częścią układu, który pozwala im na wygodne i dostatnie życie, po trzecie – bo uczestnicząc w mistyfikacji „pluralizmu politycznego”(robili to też komuniści, dozwalając na „stronnictwa demokratyczne”, czy „ludowców”) skazują się na rolę folkloru i „planktonu” politycznego.
Te partie, jak i obecni w nich ”działacze”, są przeznaczeni do tworzenia dowolnych konfiguracji i najbardziej egzotycznych „sojuszy”, do wykonywania zaskakujących wolt i przepoczwarzeń. Głównie po to, by tumanić ludzi młodych, zapobiegać potencjalnym zagrożeniom, kanalizować emocje i odruchy sprzeciwu.
Gdyby demokracja, wybory, czy działania partii politycznych miały zagrozić władzy beneficjentów, nie byłoby ich w Rosji i w III RP- państwach, w których mit o „śmierci komunizmu” wykorzystano do zbudowania fundamentów kolejnej sukcesji komunistycznej.
    Nie można również utrzymywać, że „następne wybory coś zmienią”, bo taki przypadek nigdy nie miał miejsca w 30-letniej historii tego państwa. Żadna zmiana rządów nie wyrugowała, choćby jednej patologii IIIRP, nie uwolniła tego państwa z ludzi służących okupantowi, nie zniszczyła esbeckich fortun, nie przywróciła poczucia sprawiedliwości, nie doprowadziła do ujawnienia zbrodni i skazania zbrodniarzy.
Podobnie, jak komunizm był kompletną niedorzecznością - nawet w swojej strukturze formalnej, tak jego hybryda, zwana III RP, jest niedorzecznością w obszarze zjawisk politycznych, etycznych, bądź prawnych. Nie da się ich zdefiniować przy pomocy racjonalnej metodologii, bo przedstawiciele tego państwa traktują demokrację, moralność i prawo, w taki sposób, jak złodziej używa wytrychu do otwarcia zamkniętych drzwi, a morderca korzysta z noża do zadźgania ofiary. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie jednak twierdził, że złodziej sięgając po wytrych staje się ślusarzem, a używający noża bandyta, wykonuje zawód kucharza.
    Jeśli dla kogo, 30 lat to za mało, by zrozumieć bezużyteczność mitu demokracji - pora uznać swoje ograniczenie umysłowe i nie narzucać błędu innym.

Druga z fałszywych odpowiedzi wymaga głębszej refleksji.
Ludzie hołdujący przekonaniu, że jakiekolwiek zmiany w polskiej rzeczywistości, są możliwe tylko na drodze „globalnych przemian” i zewnętrznego oddziaływania obcych mocarstw, nie prezentują nowatorskiej wizji.
Na początku XX wieku, dość popularne były „koncepcje polityczne”, których twórcy dostrzegali tylko jedną szansę na odzyskanie niepodległości. Ich rachuby opierały się na zapewnieniu sprawie polskiej przychylności Francji, Niemiec, czy Rosji, na wyczekiwaniu „światowego kryzysu” lub „wielkiej wojny”, z których – z woli i za przyzwoleniem mocarstw, postanie państwo polskie.
Prawda – doszło do kryzysu i wybuchła wielka wojna – i nietrudno było je przewidzieć.
    Nie one jednak, i nie wola mocarstw zdecydowały o Niepodległej. Kluczowa była postawa „garstki szaleńców”, którzy wbrew owym koncepcjom i wbrew mocarstwowym interesom, zbudowali siłę militarną, stworzyli polskiego żołnierza i polską armię, z którymi wielcy gracze musieli się liczyć.
Wolna Polska nie powstała w ciszy europejskich gabinetów, nie dała nam jej Francja, Anglia czy Rosja. Ówczesną Europę – jak zawsze niechętną obecności Polski na mapie świata, postawiono wobec faktów dokonanych i zmuszono do uznania państwa, o którym nie myślał żaden z przywódców tamtego świata.
    Analogia z czasami współczesnym - jest w pełni uprawniona.
Dzisiejszy status III RP - jako państwa zależnego od brukselskich kołchoźników, wydanego na wpływy Niemiec i Rosji, podległego obcym interesom ekonomicznym i kaprysom wielkich mocarstw - odpowiada światowym graczom i wypełnia model „porządku” po-jałtańskiego.
Opinia Józefa Mackiewicza zawarta w „Zwycięstwie prowokacji”: „Polityka Zachodu podczas wojny kierowała się względami narzuconymi jej przez sojusz z Sowietami; polityka Zachodu po wojnie kieruje się względami narzuconymi jej przez chęć pokojowej koegzystencji z Sowietami.” - celnie wyraża stosunek owego Zachodu do sprawy polskiej i kwestii naszej zależności.
Polska słaba i uległa – stanowi ucieleśnienie marzeń dawnych zaborców, a z uwagi na globalne interesy ekonomiczne, jest tworem pożądanym przez wszystkich.

    Tym bardziej pożądanym, im mocniej w tym uzależnieniu współdziałają ludzie III RP, im gorliwiej narzucają nam „procesy integracyjne”, im solidniej wiążą iluzorycznymi „sojuszami” i uciekają od prowadzenia polityki zagranicznej.
Ci którzy uważają,że jakiekolwiek państwo – bez wizji korzyści ekonomiczno-politycznych, będzie zabiegało o uwolnienie nas od komunistycznego garba, lub ten garb zniknie, z woli zagranicznych sojuszników, nalezą do grona szczególnie groźnych mitomanów.
W takiej koncepcji, zawiera się bowiem, mniej lub bardziej ukryta sugestia, że my sami – własną wolą, staraniem i walką, nie możemy wybić się na niepodległość, że jesteśmy zbyt słabi, zbyt głupi i ułomni, by obalić peerelowskiego bękarta.
To przekonanie - w latach poprzedzających Niepodległą, towarzyszyło zblazowanym bywalcom europejskich salonów, którzy gardząc widokiem „szarych mundurów”, z niewiarą w siłę polskiego oręża, gięli się w ukłonach przed politykami Ententy.
Taką wiarę wykazywali również samozwańczy „reprezentanci narodu” z „demokratycznej opozycji”, gdy ratując okupacyjne truchło PRL, siadali do stołu z czerwonymi bandytami.
Tak uważają dzisiejsi „stratedzy”, spod znaku „prawa i sprawiedliwości”, którzy w obawie o utratę iluzorycznej władzy i podważenie „spokoju społecznego”, uśmiercili sprawę zamachu smoleńskiego, a nienawistną zgraję Obcych każą nazywać „opozycją”.
    Trzeba jeszcze słowo wyjaśnienia, odnośnie koncepcji, w których pojawia się wizja „wielkiej wojny”. Ta wizja musi przerażać.
Również dlatego, że wybuch takiej wojny byłby całkowicie niezależny od naszych intencji. Ludzie rozumni powinni jednak wiedzieć, że kierunek, w jakim zmierza współczesny „świat”, może zostać odwrócony tylko poprzez wydarzenie o skali globalnej, ale też tragicznej. Droga „umiarkowanego postępu” wiedzie dziś w przepaść.
Należy więc zakładać, że tylko potężny wstrząs może nas otrzeźwić i zwrócić ludzkości elementarny instynkt zachowawczy.
Nie mogę jednak przyjąć, że kreślony na tym blogu ideał wolnej Polski, wymaga wojny totalnej.
Taka wizja, byłaby utopią, o tyle groźną, że pozbawioną elementu przewidywalności i nadziei.
Dlatego trzeba szukać rozwiązań, które nie zdejmują z nas obowiązku realnych działań i nie odwołują do wydarzeń całkowicie od nas niezależnych.

    Gdy odrzucimy błędne koncepcje i raz na zawsze rozstaniemy z mitologią demokracji, odpowiedź na pytanie zadane na początku tekstu, musi brzmieć „kontrowersyjnie”: realiów magdalenkowego potworka, nie da się zmienić narzędziami demokracji.
A nie tylko nie da, ale są one główną przeszkodą w odzyskaniu Polski.
Na tej drodze, nie można też liczyć na „korzystną koniunkturę” lub wsparcie ze strony innych państw.
To mrzonki, niegodne ludzi walki – a tylko tacy mogą podążać w długim marszu.
Jest zatem oczywiste, że odzyskanie państwa suwerennego i uwolnienie mojego kraju od komunistycznych patologii , wymaga rządów żelaznej ręki i twardego dyktatu.
W miejsce bełkotu zakładników demokracji: „Musimy walczyć, by demokracja dobrze funkcjonowała”(J. Kaczyński), trzeba nowej zasady: musimy walczyć, by mit demokratyczny nie zastąpił niepodległości.
W miejsce „walki o demokrację”, trzeba twardej walki o polskość, bo to ta, nadrzędna wartość, jest dziś zagrożona.
Nie jest również prawdą, że „demokracja” w III RP jest chora. Chore jest państwo, które z owej „demokracji” uczyniło oręż przeciwko obywatelom.
Nie jakąś „demokrację trzeba naprawiać”, ale obalić system powstały przy „okrągłym stole”, który z fałszywego bożka owej pseudo-idei uczynił narzędzie zniewolenia Polaków.
    Józef Mackiewicz, którego słowa wielokrotnie przywoływałem, nakreślił kiedyś „metodę walki” z komunizmem. W tekście z 1936 roku napisał:
My musimy komunizm wyniszczyć, wyplenić, wystrzelać! Żadnych względów, żadnego kompromisu! Nie możemy im dawać forów, nie możemy stwarzać takich warunków walki, które z góry przesądzają na naszą niekorzyść. Musimy zastosować ten sam żelazno-konsekwentny system. A tym bardziej posiadamy ku temu prawo, ponieważ jesteśmy nie stroną zaczepną, a obronną!

Te mocne słowa są echem tradycji, którą utraciliśmy w czasie hańby komunizmu.
Są echem polskiej dumy - z posiadania wolnej ojczyzny i narodowych świętości. Nie nawołują do nienawiści, lecz mają źródło w zrozumieniu grozy komunizmu i jego antypolskich celów.

https://bezdekretu.blogspot.com/2021/11/demokracja-czy-dyktat-1-jaka-polska.html

CDN.
 
----------------- WARTOŚCIOWE KOMENTARZE ALEKSANDRA ŚCIOSA

CT,

Temat pana Kaczyńskiego był wielokrotnie poruszany na moim blogu. Pisałem wyraźnie, co sądzę o tym polityku i jakie stawiam mu zarzuty. Cytowałem wiele, wzajemnie sprzecznych wypowiedzi tego pana, wykazywałem jego łgarstwa i puste obietnice.
Wprawdzie temat ten nie ma żadnego związku z treścią obecnego tekstu, to poruszył Pan kwestię na tyle ważną, że warto poświęcić jej nieco miejsca. Napisał Pan bowiem: „Całe dorosłe życie stałem murem na Kaczyńskimi, PC i PISem, i wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew oczywistym faktom, ciągle jeszcze trudno mi to wszystko rozeznać.”
Sądzę, że w podobnej sytuacji jest wielu czytelników bezdekretu, a również ja sam zaliczam się do tych, którzy „stali za Kaczyńskim i PiS-em”. Tak było, co najmniej do roku 2011-12 i może niektórzy czytelnicy pamiętają, że w latach wcześniejszych nadawano mi etykietę „ideologa PiS” (tak m.in. twierdził dzisiejszy piewca PiS, Piotr Skwieciński).
Po roku 2011-12 rozpoczął się proces powolnego trzeźwienia. Właśnie trzeźwienia, bo przyznaję – upatrując w partii Kaczyńskiego realną „alternatywę” dla Polski, trwałem w poważnym błędzie.
Trzeba jednak było przejść taką drogę, bo wydaje się ona całkowicie naturalna.
Chcąc odpowiedzieć na Pańskie pytania, muszę kolejny raz podkreślić, że przyczyną owego trzeźwienia, był i jest Smoleńsk.
To wydarzenie stanowi najważniejszą cezurę we współczesnej historii Polski i bez dostrzeżenia i zrozumienia owej cezury, nie sposób racjonalnie analizować rzeczy bieżących. To jedna z głównych przyczyn, dla których pisaninę wszelakich „tuzów” dziennikarstwa III RP, uważam za kompletnie bezwartościową i pozbawioną znaczenia dla spraw polskich.
Dla mnie rzecz jest oczywista: przed kwietniem 2010 roku, III RP wprawdzie była sukcesją PRL-u, ale posiadała potencjał, z którego mogła wyrosnąć wolna Polska.
Po zamachu smoleńskim, III RP jest sukcesją PRL-u i taką pozostanie na zawsze.
Dlatego postawę Kaczyńskiego i jego partii, zachowania ludzi „prawicy patriotycznej”, wszelkich polityków, dziennikarzy i tzw. działaczy, oceniam w perspektywie tej cezury i tego wydarzenia.
Przypomnę zatem, że tenże Kaczyński jest autorem słów z roku 2010: „Nie będę współpracował z nikim, kto był nie w porządku wobec mojego brata i innych poległych. Bo zachowania wobec nich były haniebne, one politycznie i moralnie wykluczają współpracę. Absolutnie wykluczam mój udział we współpracy do czasu daleko posuniętej ekspiacji z ich strony”.
On również, w roku 2011, w liście otwartym dotyczącym spraw polityki zagranicznej przypomniał fundamentalną zasadę, wyrażoną onegdaj przez Juliusza Mieroszewskiego: "By polityka była skuteczna musi być napierw moralnie słuszna".
Wiem, że dla otumanionych relatywizmem „pragmatyków” (głównie ze środowiska PiS), ta zasada słuszności brzmi niczym przesłanie pisane językiem hieroglifów, ale zajmowanie się głupotą otumanionych, byłoby stratą czasu. Jedno jest pewne – jeśli cokolwiek ma odróżniać projekty polityczne, jeśli mamy prawo oczekiwać więcej niż socjalistycznych oszustw, w rodzaju „micha +”, trzeba do polityki przykładać normy moralne. Nie po to, by politycy mieli chodzić w aureolach, ale dlatego, by polityka była skuteczna. Bez moralności, nie ma skutecznej polityki.
Kaczyński i jego partia mają te normy w głębokim poważaniu, a zatem nie mogą i nie chcą prowadzić polityki skutecznej.
Nie tylko dlatego, że po roku 2010 podjęli wszelaką współpracę ze zgrają Obcych (zwanych dziś „opozycją”) i pozwolili im uniknąć odpowiedzialności, nie tylko z tej przyczyny, że weszli w kombinację środowiska b. WSI i w roku 2015 dokonali farsy „nowego rozdania” (nazywając je następnie „zwycięstwem wyborczym), ale z tej przyczyny, że odrzucili obowiązek wyjaśnienia narodowej sprawy smoleńskiej ( w tym nazwania Obcych po imieniu) i zabetonowali ten temat na kolejne dekady.
To jest zbrodnia, z której nikt i nic ich nie rozgrzeszy.

----------------

Prawdą jest, jak Pan napisał, że „człowiek któremu zabito brata, stoi praktycznie u kresu życia”. Tym większa wina tego człowieka, że dla fałszywych, doraźnych korzyści, zdradził prawdę o śmierci swojego brata. To zaś, że stoi u kresu życia i nawet nie próbuje wykreować narodowej elity, prawdziwej klasy politycznej, lecz otacza się zgrają miernot i klakierów, dowodzi ogromnego egoizmu i głupoty tego człowieka.
Oceniając Kaczyńskiego i jego partie poprzez pryzmat Smoleńska i zasady moralnej słuszności, dostrzegam też, że to środowisko nie ma wizji spraw polskich. Żaden z pomysłów PiS nie wykracza poza dogmatykę III RP, nie wiedzie do obalenia komunistycznej sukcesji i nie wytycza drogi do Niepodległej.
Są to prostackie, partyjne projekty, obliczone na osiągnięcie szybkich, politycznych zysków ( wygranie tzw. wyborów, ulokowanie swoich na stanowiskach, zaspokojenie roszczeń grup wpływu, utrzymanie aparatu propagandy, itp.). Szczególnie, gdy dotyczą kwestii ekonomicznych, bo obecne rozdawnictwo i rzekomy „wzrost gospodarczy”, przy jednoczesnym zachowaniu grup żerujących na organizmie tego państwa, jest wyjątkowym draństwem.
To prostactwo i partyjniacka mentalność doskonale też określają predyspozycje prezesa partii rządzącej. Dlatego uważam tego pana za osobę o ogromnych kompleksach i marnym intelekcie. Jednocześnie – za sprawnego partyjniaka, zręcznego gracza (w sprawach małych geszeftów), bezwzględnego cynika. Jest on „szczytowym produktem” polityki III RP i nigdy nie będzie nikim innym.
Zadał Pan pytanie: „Czy wszystko co robił w swoim życiu, o co walczył, co uzyskał jest nic nie warte? Aż trudno uwierzyć. Trudno...”.

Uważam, że to nie jest kwestia wiary, lecz wiedzy o współczesnej Polsce.
Czy jest ona wolna od zgrai zdrajców i Obcych? Czy rozliczyliśmy półwiecze okupacji sowieckiej – ludzi służących okupantowi i zbrodnie przez nich popełnione? Czy zadośćuczyniliśmy milionom skrzywdzonych w czasach PRL-u? Czy wynagrodziliśmy upokorzenia ludzi dotkniętych butą tzw. sędziów, funkcjonariuszy policji i służb, różnej maści urzędników i polityków III RP?
Czy przywróciliśmy Polakom poczucie godności, broniąc prawdy historycznej i naszego miejsca w dziejach Europy? Czy jesteśmy państwem bezpiecznym, wolnym od wpływu obcych mocarstw, od dyktatu silnych i bogatych? Czy mamy poczucie wolności i stanowienia o własnym losie?
Czy znamy prawdę o narodowej sprawie smoleńskiej i według tej prawdy ukształtowaliśmy nasze stosunki wewnętrzne i zewnętrzne?
Wystarczy, by Kaczyński ( i każdy kto zechce) spróbował odpowiedzieć sobie na te pytania. Jeśli uczyni to w prawdzie, dostrzeże nie tylko stan owej „demokracji”, ale pozna ocenę swoich „dokonań politycznych”.

----------

Chciałbym być konsekwentny i – również w komentarzach, stosować się do zapewnienia:”Nie pora na pseudo-filozoficzne rozważania nad skutkami owej „pandemii”, „nie widzę potrzeby przedstawiania politycznych aspektów obecnej sytuacji”.
Cóż jednak zrobić, gdy pyta Pani o szczepionkę, ale też o zamknięcie kopalń?
Można pokusić się o ogólną ( i niezbyt oryginalną) refleksję, że w obu przypadkach chodzi o pieniądze. Zwykle dla wielkich koncernów i światowych graczy. Ale też, dla małych geszefciarzy i lokalnych watażków. „Pandemia” jest takim żerowiskiem, na którym każdy znajdzie swój „kawałek tortu”.
Ot, przykład nakazu stosowania masek. Przez wiele tygodni różnej maści „eksperci” zapewniali nas o zbędności, a wręcz szkodliwości tego zabezpieczenia. Do czasu, aż miłościwie nam panujący rząd PiS „załatwił” transporty chińskiego badziewia. Wyznawcy układu zostali wówczas uraczeni parcianą propagandą, „koledzy kolegów” dostali intratne zamówienia.
Jeśli prawdą jest, że za największym transportem chińskiego badziewia (KGHM, via Antonow) stała spółka zarządzana przez ludzi b.WSI, nie będę tym zaskoczony.
Proszę pozwolić, że z pozostałych Pani pytań, dokonam tendencyjnego wyboru i spróbuję odnieść się do kwestii - czy „zagrożenie ze strony R. Trzaskowskiego (syna Teresy = TW Justyny) uważam za nieistotne”.
Prawda, uważam za nieistotne, a nawet za nieistniejące. Obecna „kampania wyborcza” jest klasyczną imitacją „walk politycznych” i nie ma nic wspólnego z rzeczywistym wynikiem tzw. Wyborów. Ten bowiem, nie jest zależny od żałosnych „programów” i „obietnic”, a już z całą pewnością, nie od woli „wyborcy”.
Skoro sam A.Duda, jak i J. Kaczyński, zgodnie orzekli w roku 2014, iż „wybory zostały sfałszowane”, a od tego czasu nie nastąpiły żadne istotne zmiany w tzw. organach i w systemie wyborczym tego państwa, nie sposób uznać, by doszło do cudownej konwalidacji.
Wiemy także, że w III RP tylko raz popełniono „błąd systemowy” w kreowaniu postaci prezydenta i błąd ten został skorygowany 10 kwietnia 2010 roku.
Jak dotychczas, A.Duda doskonale wypełnia powierzone mu zadania i wyśmienicie chroni interesy grup zarządzających IIIRP. Nie uczynił nic, co mogłoby zagrozić sukcesji komunistycznej, a nawet w sferze symboli ( Order Orła Białego dla gen. Kuklińskiego) pozostał wierny zasadzie wygłoszonej przez patrona „wojskówki” - „Jeśli uznamy Kuklińskiego za bohatera, to znaczy, że my wszyscy jesteśmy zdrajcami".
Pan Duda ukrył przed nam Aneks do Raportu z Weryfikacji WSI i prawdę o śmierci księdza Jerzego, obronił emerytury ludzi „wojskówki”,uratował ich „dobre imię” i stopnie oficerskie, pozbawił armię sprawnego zarządzania i uchronił ją przed dekomunizacją, ocalił tzw.”sędziów”, nawet przed namiastką reform, osłonił Komorowskiego i przygarnął ludzi jego kancelarii.
Nade wszystko zaś – zadbał o „zabetonowanie” sprawy smoleńskiej na kolejne dziesięciolecia.
Jakże więc - miałby nie zasłużyć na drugą kadencję?
Uważam ją za „oczywistą oczywistość” ( by sięgnąć po klasyka) i wróżę panu Dudzie długą i owocną karierę.
Podobnie, jak za oczywisty uważam fakt, iż większość obecnych wojenek i potyczek, rozgrywanych propagandowo, jako starcia PiS-”opozycja”, Duda-”reszta świata”, ma bardziej prozaiczne podłoże i dotyczy pradawnej (bo od roku 1980) wojny o wpływy, toczonej przez zuchów z Zarządu II Sztabu Generalnego WP (tzw.wywiad wojskowy PRL) z ludźmi Departamentu I SB MSW (tzw.wywiad cywilny PRL). W tej konfiguracji, politycy III RP spełniają raczej rolę drugorzędną i jeśli panom z „klubu miłośników cygar” przyjdzie do głowy wywołać kolejną „aferę podsłuchową” lub sięgnąć po inne komprmateriały, owi politycy zostaną wymienieni na nowy asortyment.

----

Trzeba sobie powiedzieć, że krytyczna ocena Dudy czy Kaczyńskiego, jeśli nawet dowodzi przyjęcia dychotomii My-Oni, nie będzie miała większego znaczenia.
Ani dla tych panów ani dla przyszłości naszego kraju.
Póki tym państwem rządzą reguły stanowione w „klubach miłośników cygar”, a większość z nas wierzy w mit kartki wyborczej, żadna krytyka nie zaszkodzi trwałości układu magdalenkowego.

Tylko świadoma rezygnacja z uczestnictwa w „wyborach” i odrzucenie wszystkich fałszywych „alternatyw” ( różnych „Konfederatów” i „prawicowych” partyjek) może wpłynąć na zmianę sytuacji.
Wprawdzie nie w krótkiej perspektywie – bo ta jest dla głupców, lecz w czasie, jakiego potrzebujemy na znalezienie silnych, samodzielnych jednostek.
Ludzi, którzy od podstaw odbudują polską elitę.
Jak już pisałem - bojkot „wyborów”, to krok pierwszy.
Im więcej naszych rodaków zrozumie bezcelowość uczestnictwa w farsie wyborczej, tym rośnie szansa, że dobry potencjał tego sprzeciwu zostanie skierowany na drogę długiego marszu.
Z tego potencjału, może wyrosnąć autentyczny ruch społeczny – niekontrolowany przez państwo i niezależny od ograniczeń systemowych.
Ci ludzie – wzorem garstki „szaleńców” wyruszających onegdaj z Oleandrów, będą mogli odpowiedzieć na pytania dociekliwych: nie walczymy dla żadnego „zaborcy”, nie idziemy za „partią” ani pod obcą „flagą”.
Zmierzamy do Polski.

---

Moja propozycja – bojkotu wyborów, w dużej mierze (choć nie zasadniczej) wynika z założenia, które Pan sformułował: „bez względu na to, czy prezydentem będzie Duda, czy byłby Trzaskowski - w obu scenariuszach układ III RP będzie niezachwiany.”
Pisałem o tym obszernie w tekstach „Fałszywa alternatywa” z kwietnia 2018 r.
Nie jest też prawdą, jakobym uznawał, iż „wszystko zostało ukartowane”.
Takiej mocy nie ma żaden „układ”, nawet zarządzany przez podstarzałych „bondów” z b.WSI.
Natomiast dwie formalne przesłanki decydują o fałszerstwie wyborczym:
1. dobór kandydatów - tak spreparowany, by nie można było wykroczyć poza „systemową alternatywę”,
2. nadzór nad procesem wyborczym. Nie tylko sądowy, ale sprawowany przez „organ” powołany w czasach PRL i zarządzany (to nie przypadek) przez ludzi związanych z „woskówką”.
Przypomnę zatem, że przewodniczącym PKW jest sędzia Sylwester Marciniak, były oficer rezerwy WSW(tzw. kontrwywiadu wojskowego LWP), zaś zastępcą przewodniczącego pozostaje Zbigniew Cieślak - w 1979 „zabezpieczony” przez Zarząd II Sztabu Generalnego LWP (tzw. Wywiad wojskowy), pod nr. GC 001624/54, w roku 1988 zabezpieczony przez Zarząd WSW pod nr GC 001455/54, powołany do PKW przez A.Dudę.
Gdyby „wyborcy” PiS byli ludźmi rozumnymi, musieliby zadać pytania swoim „wybrańcom” – co sprawia, że na czele centralnego „organu wyborczego” muszą stać ludzie związani ze środowiskiem „wojskówki”? Czy w „wolnej i demokratycznej” III RP znaleziono tylko takie persony do pilnowania procesu wyborczego?
O tym, kto zapewnia łącza do sieci publicznej i infrastrukturę techniczną Krajowego Biura Wyborczego oraz – kto zarządza firmą certyfikującą PKW – nie warto nawet wspominać, bo ta wiedza już nikogo nie interesuje.
Podobnie, jak wypowiedzi J. Kaczyńskiego i A. Dudy z lat 2014-2015, w których padały twierdzenia o „sfałszowanych wyborach” z roku 2014 oraz deklaracje powtórzenia tych wyborów i „naprawy systemu wyborczego”. Po otrzymaniu pełni władzy w roku 2015, żaden z owych „demokratów” nie zająknął się już na ten temat, zaś A. Duda pod niebiosa wychwalał PKW.
Trzecią, historyczną przesłanką, są "wybory" z roku 1947 oraz farsa wyborcza z lat 1989-1991, podczas której wyeliminowano wszystkie środowiska przeciwne magdalenkowej zdradzie. Od tej pory, w każdych kolejnych "wyborach" starują tylko ci, którzy system III RP uznają za Polskę "wolną i demokratyczną".

Proponuję także przemyśleć następującą kwestię: dlaczego obecny układ nie dostrzega zagrożenia w bełkocie ćwierćinteligentów z tzw.”opozycji”, dlaczego nagłaśnia i promuje wszelkie brednie głoszone przez tych ludzi, ich łgarstwa, bluzgi i bezsensowne dywagacje?
Jednocześnie, ten sam układ za żadne skarby nie dopuści, by w przestrzeni medialnej pojawiły się poglądy i opinie sprzeczne z dogmatyka III RP, jak choćby te, głoszone na bezdekretu.
O ile partyjne media PiS gotowe są nagłaśniać każdy wyziew Obcych, o tyle nigdy nie pojawi się tam najmniejsza wzmianka o krytyce sukcesji komunistycznej, a poglądy podobne do głoszonych na moim blogu (nie wspominając o osobie autora) objęte są ścisłym zapisem cenzury. Tak szczelnej, że podobnej blokady (również związanej z publikacją książek) nie spotkałem nigdy wcześniej.
Ta okoliczność wyraźnie wskazuje – gdzie i w jakim zakresie obecny układ dostrzega zagrożenia swoich interesów, kogo uznaje za wroga i jak postrzega kwestię „wolności słowa”.
Jak napisałem niedawno na twitterze: To znamiennie,że śmiertelnym wrogiem wyznawców religii partyjnych,nie jest sympatyk innej partii lecz ten,kto odrzuca wszystkie partyjniackie kliki.
W tej stadnej nienawiści tkwi mocna logika: nie stwarza zagrożenia niewolnik innego pana.
Groźny jest człowiek wolny.

----Pozwalamy zaśmiecać nasze umysły ohydną namiastką „spraw polskich”, sprowadzając całą aktywność do uczestnictwa w żenujących „pyskówkach” i spektaklach rozgrywanych przez Obcych. Gdybyśmy nawet chcieli zrobić coś, co nazywa Pan „udaną operacją”, jak moglibyśmy to uczynić, skoro tylko Oni, tylko Obcy, są źródłem naszych inspiracji i jedynym „punktem odniesienia”?
Proszę zauważyć – nie ma żadnych inicjatyw po stronie „patriotycznej prawicy”, które, w ten, czy inny sposób, nie nawiązywałyby do działań Obcych. Oni są „natchnieniem” i główną „muzą” klakierów Kaczyńskiego. Poza Obcymi – nie ma PiS-u i nie ma pomysłu na Polskę.
Nie pojmuję więc – jak można wyrażać zainteresowanie bełkotem jakiegoś ćwierćinteligenta, tylko dlatego, że inny ćwierćinteligent z partyjnych mediów PiS, stara się wykonywać robotę propagandową i rezonowaniem różnych plugastw, próbuje zaskarbić sobie przychylność partyjnych bonzów? Na tym polega dziś „wolność” owych mediów, że przyjmując rolę „rozrzutnika” zaśmiecają umysły Polaków i zniewalają rzeczami bez znaczenia. Gdyby nasi rodacy rozumieli, jaką krzywdę wyrządza im TVP,”Gazeta Polska” czy „wPolityce”, roznosząc po polskich domach fetor Obcych, nigdy nie spojrzeliby w stronę tych mediów.
Gdy w latach rządów PO-PSL pisałem setki tekstów na temat afer i draństw tego reżimu, najbardziej dokuczliwe nie było przedzieranie się przez zasoby sieci internetowej ani ustalanie faktów. Doświadczeniem najgorszym, była konieczność obcowania z językiem Obcych, z ich wypowiedziami, ich myślą. Po przeczytaniu wywodów Komorowskiego czy Tuska, po wizytach na stronach esbeckich czy obejrzeniu jakiegoś wytworu TVN-u, miałem ochotę przemyć oczy i zdezynfekować umysł brzmieniem polskiej mowy.
Dlatego nie pogodzę się z tym, że ludzie, którzy przyznają sobie miano „patriotów”, „antykomunistów” itp., ludzie przecież wolni w swoich indywidualnych wyborach, decydują się na dobrowolne obcowanie z wyziewami Obcych, z ich bełkotem, a nawet fizjonomią.
Jakie trzeba mieć rozumienie wolności, jaką godność, by po ośmiu latach „przymusowego” oglądania tych postaci w różnych telewizjach i na różnych portalach, wyrażać zgodę na dalsze uczestnictwo w tak upokarzającym procederze?
To jedna z wielkich zagadek zniewolenia naszych rodaków
Nawiązując do udzielonej Panu wcześniej odpowiedzi, chciałoby się powiedzieć – to tak mało, że aż niedostępne dla nas.
Mało, bo chodzi o rezygnację z różnych telewizji, rozgłośni i portali internetowych, o odwrócenie wzroku od nędzy, jaką proponują nam te miejsca, o zachowania zaledwie przyzwoite, gdy nie słucha się pokrzykiwań chama i wychodzi z pokoju, do którego wlazła kanalia.
A jednak niedostępne, bo dla większości z nas taka postawa jest nazbyt „radykalna”, bo oznacza ogromne „wyrzeczenie”, prowadzi do pozbawienia „wiedzy o świecie” i wywołuje wrażenie dojmującej pustki. Ktoś, kto obwiesza się emblematami Żołnierzy Niezłomnych, a prowadzi „pyskówki” z jakimś funkiem propagandy lub zachłystuje bełkotem dewianta, nie tylko uwłacza pamięci ludzi tak godnych, że wybierali śmierć zamiast podania ręki zdrajcy, ale robi z siebie idiotę i drania.
Takie zachowania niczym nie różnią się od fascynacja owego magnata, który ponad powinności swojego stanu, wybierał towarzystwo chamów.
Sadzę, Panie Rafale, że postulat wszelkich „napraw” i narodowych sanacji, trzeba odnieść do nas samych i nie szukać „przyczyn obiektywnych”.
Zacząć od terapii, która nic nie kosztuje, za to skutecznie oczyszcza i prostuje kręgosłup.
Od odrzucenia „zatrutych źródeł” i przegnania „fałszywych proroków”, od uwolnienia się od widoku i mowy Obcych.
Ktoś, kto tego nigdy nie próbował, nie zrozumie dobrodziejstw takiej kuracji.
Gdy spróbuje – już nigdy nie wróci do roli niewolnika.
Tyle mogę zagwarantować.

-----

„Czeka nas długi i wyniszczający marsz. Większość z dzisiejszych czterech milionów pochłonie dżuma codzienności: przejdą na stronę „sytych umarłych”, stracą wiarę i zęby, zaszyją się w głąb siebie lub uciekną ze skowytem przekleństw.
Marsz będzie tym dłuższy, że ani najbliższe ani kolejne wybory nie zmienią sytuacji Polski. Państwa realnego komunizmu nie upadają pod ciosami demokracji. Anektują jej fasadę, by ukryć własne draństwa, jednak nie po to, by oddać władzę obywatelom.
Odzyskać ją można tylko w taki sposób, jak została narzucona. Możemy liczyć na zbieg korzystnych okoliczności lub przypadkową iskrę, która wyzwoli pożar. Pokładanie nadziei w demokracji byłoby równie niedorzeczne, jak wiara, że większość ma zawsze rację.
Na tej drodze nie możemy oczekiwać żadnych sprzymierzeńców. Nie będą nim hierarchowie Kościoła, którzy w dążeniu do ideału Cerkwi przekroczyli boskie i ludzkie nakazy. Nie oczekujmy na wsparcie „demokracji zachodnich”, bo żadna z nich nie będzie umierać za polską prawdę. Entuzjastyczne reakcje unijnych rządów są zgodne z prawidłami historii, w których słaba i uległa III RP stanowi ucieleśnienie marzeń dawnych zaborców.
Ci, którzy chcą przetrwać, muszą zacząć budować autentyczną wspólnotę: odtworzyć język, powołać media, propagować polską kulturę i styl życia. Każda gazeta, książka czy film wydane poza obiegiem propagandy mają odtąd wartość kamieni, z których powstanie solidna barykada. Stowarzyszenia i organizacje obywatelskie będą zaczątkiem wolnej społeczności, a oddolne inicjatywy i ruchy społeczne uderzą w monopol władzy. Podstawą takiej wspólnoty może być tylko rodzina, dom, środowisko zawodowe, krąg znajomych. Partia opozycyjna, jeśli chce przetrwać, musi zrezygnować z ciułania wyborców i zainicjować powszechny ruch obywatelski w oparciu o twardy, klarowny przekaz.
Integracja na poziomie całego społeczeństwa i poszukiwanie więzi ze stronnikami obecnej władzy – wydają się niemożliwe. Nie możemy być razem, bo ich i nasze drogi prowadzą w różnych kierunkach, a obecna III RP jest rezultatem budowania takiej fałszywej wspólnoty.

----

Pozwolę sobie zamieścić listę tych książek i autorów (kolejność przypadkowa), które – moim zdaniem, spełniają takie kryterium:
- prace Mariana Zdziechowskiego, w szczególności – „Od Petersburga do Leningrada”,
- „Szkice o nacjonalizmie i katolicyzmie polskim” – ojca Józefa M.Bocheńskiego,
- „Historia powszechna” - Franza Josefa Holzwartha (rzecz monumentalna, a kiedyś obowiązkowa),
- „Między Niemcami a Rosją” - Adolfa Marii Bocheńskiego,
- „Wskrzeszenie Państwa Polskiego” - Michała Bobrzyńskiego,
- Józefa Mackiewicza – wszystko co napisał, bo jest największy,
- „Dziennik pisany nocą” i "Inny świat"- Gustawa Herlinga-Grudzińskiego,
- „Bolszewizm” - Adama Krzyżanowskiego
- „Rok 1920” - Józefa Piłsudskiego
- „Cywilizacja komunizmu” – Leopolda Tyrmanda
Z rzeczy nowszych, na pewno warto sięgnąć po:
„Historię polityczną Polski 1935 – 1945” – Pawła Wieczorkiewicza, „Długie ramię Moskwy” - Sławomira Cenckiewicza, „W obronie niepodległości. Antykomunizm w II Rzeczypospolitej” – pod red. Jacka Kloczkowskiego i Filipa Musiała, „Z dziejów agonii i podboju. Prace zebrane z zakresu najnowszej historii Polski” - Janusza Kurtyki, „Harcerska droga do Niepodległości. Od "Czarnej Jedynki" do Komitetu Robotników” - Justyny Błażejowskiej czy „Nowe kłamstwa w miejsce starych. Komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji” -Anatolija Golicyna. Jeśli ktoś ma ochotę wejść głębiej w tematykę rosyjską (choć nie tylko) polecam „Konia trojańskiego” Jeffreya Richarda Nyquista i jego „Origins of the Fourth World War”.

Zaloguj się, aby komentować